Trzydzieści lat wcześniej
William Gold siedział samotnie na ławce, wpatrując się w
pociąg, który właśnie wjeżdżał na peron piąty. Obserwował ludzi o smutnych,
zmęczonych twarzach i czarnych ubraniach- wszyscy zlewali się w jedną całość
tak, że nie sposób było rozróżnić poszczególnych osób. Każdy z nich miał dużą
walizkę, zapewne wypełnioną bolesnymi wspomnieniami i nudnym, monotonnym życiem
oraz problemami, których nie potrafił rozwiązać.
Uciekali.
Przed tym, co tkwiło w ich umyśle i na dnie duszy. Ukrywali to, nie potrafili stawić temu czoła. Słabsi ginęli, przygnieceni okrucieństwem tego świata. Silni wciąż walczyli, ale zmieniali się. Wszystko w końcu prowadziło do chaosu.
Grupka polityków stojąca na peronie i ich wesołe rozmowy, jakby nigdy nie zawinili, nie zrobili nic złego. William ich znał. Nienawiść wypełniała go po brzegi. Pamiętał każdy szczegół.
— Chcesz się zemścić? – spytała kobieta, pojawiając się nagle obok mężczyzny. William spojrzał na nią zaskoczony. — Nie uważasz, że powinni ponieść konsekwencje swoich czynów?
— Kim jesteś?- spytał William, patrząc podejrzliwie na kobietę.
— Możesz mi mówić Alice. Moje pochodzenie nie jest ważne. – Alice rozejrzała się ciekawie dookoła.
— Przez nich zginęły osoby, które były dla ciebie ważne. Popatrz tylko. Najwyraźniej świetnie się bawią i nie pamiętają śmierci niewinnych osób. Cóż za okrucieństwo!
— To już nie ma znaczenia – wyszeptał Gold, spuszczając głowę.
— Jestem czymś w rodzaju ducha spełniającego życzenia – powiedziała kobieta, uśmiechając się lekko. — Jestem istotą, która pochodzi z drugiej strony.
— Czy możesz przywrócić mi córkę i żonę?
— Nie jestem cudotwórcą – powiedziała Alice, wzdychając. — Co jest martwe, powinno takie pozostać. Zamiast tego, mogę sprawić, aby ci ludzie zostali ukarani. – Kobieta uśmiechnęła pod nosem. W jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
Cierpienie.
Politycy zaczęli wsiadać do pociągu. William ciągle ich obserwował. Wiedział, że nienawiść nie prowadzi do niczego dobrego, ale nic więcej mu nie pozostało. Już dawno przestał być szczęśliwym człowiekiem. Przytłaczało go to. Żył, ale nie wiedział po co.
— Ukarz ich – wyszeptał. Jego oczy stały się matowe, puste, jakby nieobecne. Robił źle, ale już nic go nie obchodziło. Stracił ludzi, których kochał. Tyle wystarczyło, aby go zniszczyć- ludzie nie zapominają takich rzeczy.
Drzwi pociągu zamknęły się. Pojazd ruszył powoli, aby po chwili zniknąć z oczu młodego konduktora. Minuty mijały powoli. Gold miał wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Czuł niepokój. Coś złego czaiło się za jego plecami, czekając na okazję do ataku.
— Pociąg jadący z Southampton do Londynu wykoleił się w połowie drogi. Prosimy o opuszczenie dworca kolejowego w celu dokonania inspekcji reszty pojazdów. Dziękujemy za uwagę i przepraszamy za niedogodności.
— Wykoleił się? – powtórzył zszokowany William. Spojrzał na kobietę, która stała obok, niewzruszona zaistniałą sytuacją. Nie mógł uwierzyć. To było zbyt nierealne.
— Wygląda na to, że spełniło się pańskie życzenie – rzekła Alice po chwili milczenia. Jej twarz wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu. — Masz dziesięć lat. I nawet nie próbuj uciekać – dodała, po czym zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Została po niej pustka. Jakby nigdy jej tam nie było, jakby nie istniała.
Dziesięć lat.
I ani roku dłużej.
***
Trzydzieści lat później
Uciekali.
Przed tym, co tkwiło w ich umyśle i na dnie duszy. Ukrywali to, nie potrafili stawić temu czoła. Słabsi ginęli, przygnieceni okrucieństwem tego świata. Silni wciąż walczyli, ale zmieniali się. Wszystko w końcu prowadziło do chaosu.
Grupka polityków stojąca na peronie i ich wesołe rozmowy, jakby nigdy nie zawinili, nie zrobili nic złego. William ich znał. Nienawiść wypełniała go po brzegi. Pamiętał każdy szczegół.
— Chcesz się zemścić? – spytała kobieta, pojawiając się nagle obok mężczyzny. William spojrzał na nią zaskoczony. — Nie uważasz, że powinni ponieść konsekwencje swoich czynów?
— Kim jesteś?- spytał William, patrząc podejrzliwie na kobietę.
— Możesz mi mówić Alice. Moje pochodzenie nie jest ważne. – Alice rozejrzała się ciekawie dookoła.
— Przez nich zginęły osoby, które były dla ciebie ważne. Popatrz tylko. Najwyraźniej świetnie się bawią i nie pamiętają śmierci niewinnych osób. Cóż za okrucieństwo!
— To już nie ma znaczenia – wyszeptał Gold, spuszczając głowę.
— Jestem czymś w rodzaju ducha spełniającego życzenia – powiedziała kobieta, uśmiechając się lekko. — Jestem istotą, która pochodzi z drugiej strony.
— Czy możesz przywrócić mi córkę i żonę?
— Nie jestem cudotwórcą – powiedziała Alice, wzdychając. — Co jest martwe, powinno takie pozostać. Zamiast tego, mogę sprawić, aby ci ludzie zostali ukarani. – Kobieta uśmiechnęła pod nosem. W jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
Cierpienie.
Politycy zaczęli wsiadać do pociągu. William ciągle ich obserwował. Wiedział, że nienawiść nie prowadzi do niczego dobrego, ale nic więcej mu nie pozostało. Już dawno przestał być szczęśliwym człowiekiem. Przytłaczało go to. Żył, ale nie wiedział po co.
— Ukarz ich – wyszeptał. Jego oczy stały się matowe, puste, jakby nieobecne. Robił źle, ale już nic go nie obchodziło. Stracił ludzi, których kochał. Tyle wystarczyło, aby go zniszczyć- ludzie nie zapominają takich rzeczy.
Drzwi pociągu zamknęły się. Pojazd ruszył powoli, aby po chwili zniknąć z oczu młodego konduktora. Minuty mijały powoli. Gold miał wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Czuł niepokój. Coś złego czaiło się za jego plecami, czekając na okazję do ataku.
— Pociąg jadący z Southampton do Londynu wykoleił się w połowie drogi. Prosimy o opuszczenie dworca kolejowego w celu dokonania inspekcji reszty pojazdów. Dziękujemy za uwagę i przepraszamy za niedogodności.
— Wykoleił się? – powtórzył zszokowany William. Spojrzał na kobietę, która stała obok, niewzruszona zaistniałą sytuacją. Nie mógł uwierzyć. To było zbyt nierealne.
— Wygląda na to, że spełniło się pańskie życzenie – rzekła Alice po chwili milczenia. Jej twarz wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu. — Masz dziesięć lat. I nawet nie próbuj uciekać – dodała, po czym zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Została po niej pustka. Jakby nigdy jej tam nie było, jakby nie istniała.
Dziesięć lat.
I ani roku dłużej.
***
Trzydzieści lat później
Detektyw James Cook siedzi w gabinecie. Na biurku znajdują
się sterty papierów oraz kilka pustych kubków po kawie, które ktoś już dawno
powinien wynieść i umyć. W pomieszczeniu nie ma niczego innego, oczywiście
prócz ogromnego, głębokiego fotela, który zajmuje James. . Ma czarne, potargane
włosy i podkrążone niebieskie oczy, jakby nie spał od dobrych kilku dni. Jest
okropnie zmęczony. Ma dość. Najchętniej wróciłby do domu i położył się do
swojego miękkiego, wygodnego łóżka. Tymczasem zmuszony był zajmować fotel,
który mimo wszystkich swoich zalet, był jednak twardy i źle się na nim spało.
— Powinieneś tutaj trochę posprzątać. Może jeszcze kupić jakieś regały. Albo od razu nowy gabinet- mówi młody mężczyzna, wchodząc do pomieszczenia. Wielka burza jasnych loków, które opadają mu na czoło, kontrastuje z dosyć ciemnymi oczami. Jego wzrok jest rozbiegany i ciekawy otaczającego go świata. Twarz ma młodzieńczą i beztroską, jakby nie zaznał jeszcze trudów prawdziwego życia. Na widok bałaganu, wzdycha. Codziennie to samo- lenistwo pracodawcy naprawdę go przytłacza.
— Powinienem wrócić do żony i dzieci, które czekają na mnie w domu! – mówi lekko zdenerwowany Cook. — Ale po co? Przecież moja praca jest ważniejsza! Myślisz, że nie chciałbym być gdzieś indziej?
— Ty nie masz ani żony, ani dzieci... ani nawet dziewczyny!
— Ale mógłbym! – mówi James, celując palcem w swojego pomocnika. Opada znudzony na swój fotel, głęboko wzdychając. — Ech, cholera. Nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tych morderstw. Widzisz, Crowl? Nie wszystko da się rozwiązać, ot tak.
— Czytałem akta. To faktycznie dziwne. Sprawa może mieć jakieś drugie dno, którego nie widzimy – mówi Crowl, kładąc kubek z kawą na biurku detektywa. Cook schyla się po kartkę papieru, rysując jakiś schemat.
— Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ofiary nie były ze sobą w żaden sposób powiązane. Każde morderstwo było przeprowadzone inaczej. Żadnych tajemniczych znaków, podobieństw, czegokolwiek! – James pokazuje mężczyźnie narysowany schemat. — W każdej znanej nam zbrodni jest morderca, który zna ofiarę. Może zabić z miłości, zazdrości, zemsty, gniewu. W tym przypadku jest inaczej. Niektóre ofiary mieszkały w innych dzielnicach czy nawet stanach! Wypytywaliśmy rodziny, sprawdzaliśmy archiwum! Nic, zero, null. – Detektyw z powrotem opada na oparcie fotela. Bierze kubek z kawą, grzejąc swoje zimne ręce. — W tym wypadku morderca jest po prostu psychopatą, który zabija kogo popadnie.
— Tak, to wiele wyjaśnia. – Crowl zerka na swojego pracodawcę. — Jest coś jeszcze? – pyta, widząc skupiony wyraz twarzy Jamesa. Detektyw wzdycha, po czym bierze łyk kawy. Już od tygodnia zastanawia się, czy to nie jest jeden z tych DZIWNYCH przypadków. Ma przeczucie, ale nie wie czy słuszne.
— Ta sprawa... – zaczyna cicho Cook, wpatrując się w swoje zabałaganione biurko. — Wydaje mi się, że należy do tych... – James zatrzymuje się, zastanawiając się nad właściwym słowem.
— Nadnaturalnych? – podsuwa z chytrym uśmiechem Crowl.
— Nietypowych – mówi James ostrym tonem.
— Jasne, nietypowych – mówi rozbawiony młody mężczyzna. – To była moja druga opcja, zaraz po ‘’nadnaturalne’’.
— Jeśli chcesz mnie zdenerwować, jesteś na bardzo dobrej drodze – mówi ostrzegawczo detektyw. –Łapie się za głowę, po czym wzdycha. — Wiem, co chcesz powiedzieć. Nawet nie muszę na ciebie patrzeć. – James dopija kawę, kładąc kubek obok reszty swojej kolekcji. — Tak, tak. Życie ludzi jest ważniejsze od mojej dumy i nie powinienem się dąsać. Ech, trudno. Dzwoń – mówi po chwili zrezygnowany.
— Wedle rozkazu. – Crowl salutuje, po czym kieruje się w stronę drzwi.
— Przynieś mi też coś na uspokojenie. Nie mogę przecież wyjść z nerwami na wierzchu – mówi już lekko zirytowany Cook. Na samo wspomnienie tej dwójki coś w nim wrze i kipi, jakby zaraz miało wybuchnąć.
— Aż tak cię irytują? – pyta z lekkim rozbawieniem Crowl. W odpowiedzi James bierze do ręki kubek, który chwilę później upuszcza na podłogę. Naczynie roztrzaskuje się na drobne kawałeczki. — Co ty robisz?! Wiesz, że to też kosztuje?
— Pójdziesz po te tabletki czy mam rozwalić jakiś kubek na twojej głowie?
Crowl wychodzi z pomieszczenia, mrucząc coś pod nosem. Cook zostaje sam. Znowu musi się z nimi spotkać. Nic gorszego nie mogło mu się przytrafić.
***
— Witam, detektywie Cook! – mówi młody mężczyzna, podchodząc do Jamesa. Ma dłuższe, ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Wygląda jak idealny przykład dobrego synka- grzeczny, poukładany i odpowiedzialny. Uśmiecha się serdecznie, klepiąc Cooka po ramieniu. Ten tylko marszczy brwi i mamrocze coś w odpowiedzi. Jego wzrok jest ostry. Nie jest zbyt zadowolony z wizyty dopiero co przybyłych gości. – Jestem Ethan Mcberry. Pamięta mnie pan?
— Tak, tak, miło cię widzieć i takie tam.
— Ethan! – woła Crowl, podchodząc do mężczyzn. Wita się radośnie z przybyszem, ściskając przyjaźnie jego rękę. — Wieki cię nie widziałem! – Blondyn spogląda na Jamesa, który jest bardziej zirytowany z każdą kolejną sekundą. — Idź do tamtego baru, zaraz dołączę. Wydaje mi się, że pan detektyw oczekuje kogoś innego – mówi, patrząc znacząco na rozbawionego Ethana. Młody Mcberry odchodzi kilka kroków w kierunku wskazanego lokalu. — Wziąłeś coś na uspokojenie?
— Kiedy to wszystko się skończy, uczynię z twojego życia piekło – mówi ostro James, nie zaszczycając swojego pomocnika spojrzeniem.
— Najpierw postaraj się rozwiązać tę sprawę – komentuje zgryźliwie Crowl, dołączając do przyjaciela. Ethan patrzy na niego pytająco. Blondyn tylko kiwa głową z pobłażaniem.
— No proszę, kogóż moje piękne oczy widzą? –
woła mężczyzna niosący walizkę. Ma on czarne, ulizane włosy i piwne oczy.
Patrzy z rozbawieniem i pewną złośliwością w stronę Jamesa. Uśmiecha się jak
lis, który obserwuje swoją ofiarę i właśnie zamierza ją upolować. — Awrence
Mcberry melduje się na służbę. Moje uszanowanie, detektywie!— Powinieneś tutaj trochę posprzątać. Może jeszcze kupić jakieś regały. Albo od razu nowy gabinet- mówi młody mężczyzna, wchodząc do pomieszczenia. Wielka burza jasnych loków, które opadają mu na czoło, kontrastuje z dosyć ciemnymi oczami. Jego wzrok jest rozbiegany i ciekawy otaczającego go świata. Twarz ma młodzieńczą i beztroską, jakby nie zaznał jeszcze trudów prawdziwego życia. Na widok bałaganu, wzdycha. Codziennie to samo- lenistwo pracodawcy naprawdę go przytłacza.
— Powinienem wrócić do żony i dzieci, które czekają na mnie w domu! – mówi lekko zdenerwowany Cook. — Ale po co? Przecież moja praca jest ważniejsza! Myślisz, że nie chciałbym być gdzieś indziej?
— Ty nie masz ani żony, ani dzieci... ani nawet dziewczyny!
— Ale mógłbym! – mówi James, celując palcem w swojego pomocnika. Opada znudzony na swój fotel, głęboko wzdychając. — Ech, cholera. Nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tych morderstw. Widzisz, Crowl? Nie wszystko da się rozwiązać, ot tak.
— Czytałem akta. To faktycznie dziwne. Sprawa może mieć jakieś drugie dno, którego nie widzimy – mówi Crowl, kładąc kubek z kawą na biurku detektywa. Cook schyla się po kartkę papieru, rysując jakiś schemat.
— Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ofiary nie były ze sobą w żaden sposób powiązane. Każde morderstwo było przeprowadzone inaczej. Żadnych tajemniczych znaków, podobieństw, czegokolwiek! – James pokazuje mężczyźnie narysowany schemat. — W każdej znanej nam zbrodni jest morderca, który zna ofiarę. Może zabić z miłości, zazdrości, zemsty, gniewu. W tym przypadku jest inaczej. Niektóre ofiary mieszkały w innych dzielnicach czy nawet stanach! Wypytywaliśmy rodziny, sprawdzaliśmy archiwum! Nic, zero, null. – Detektyw z powrotem opada na oparcie fotela. Bierze kubek z kawą, grzejąc swoje zimne ręce. — W tym wypadku morderca jest po prostu psychopatą, który zabija kogo popadnie.
— Tak, to wiele wyjaśnia. – Crowl zerka na swojego pracodawcę. — Jest coś jeszcze? – pyta, widząc skupiony wyraz twarzy Jamesa. Detektyw wzdycha, po czym bierze łyk kawy. Już od tygodnia zastanawia się, czy to nie jest jeden z tych DZIWNYCH przypadków. Ma przeczucie, ale nie wie czy słuszne.
— Ta sprawa... – zaczyna cicho Cook, wpatrując się w swoje zabałaganione biurko. — Wydaje mi się, że należy do tych... – James zatrzymuje się, zastanawiając się nad właściwym słowem.
— Nadnaturalnych? – podsuwa z chytrym uśmiechem Crowl.
— Nietypowych – mówi James ostrym tonem.
— Jasne, nietypowych – mówi rozbawiony młody mężczyzna. – To była moja druga opcja, zaraz po ‘’nadnaturalne’’.
— Jeśli chcesz mnie zdenerwować, jesteś na bardzo dobrej drodze – mówi ostrzegawczo detektyw. –Łapie się za głowę, po czym wzdycha. — Wiem, co chcesz powiedzieć. Nawet nie muszę na ciebie patrzeć. – James dopija kawę, kładąc kubek obok reszty swojej kolekcji. — Tak, tak. Życie ludzi jest ważniejsze od mojej dumy i nie powinienem się dąsać. Ech, trudno. Dzwoń – mówi po chwili zrezygnowany.
— Wedle rozkazu. – Crowl salutuje, po czym kieruje się w stronę drzwi.
— Przynieś mi też coś na uspokojenie. Nie mogę przecież wyjść z nerwami na wierzchu – mówi już lekko zirytowany Cook. Na samo wspomnienie tej dwójki coś w nim wrze i kipi, jakby zaraz miało wybuchnąć.
— Aż tak cię irytują? – pyta z lekkim rozbawieniem Crowl. W odpowiedzi James bierze do ręki kubek, który chwilę później upuszcza na podłogę. Naczynie roztrzaskuje się na drobne kawałeczki. — Co ty robisz?! Wiesz, że to też kosztuje?
— Pójdziesz po te tabletki czy mam rozwalić jakiś kubek na twojej głowie?
Crowl wychodzi z pomieszczenia, mrucząc coś pod nosem. Cook zostaje sam. Znowu musi się z nimi spotkać. Nic gorszego nie mogło mu się przytrafić.
***
— Witam, detektywie Cook! – mówi młody mężczyzna, podchodząc do Jamesa. Ma dłuższe, ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Wygląda jak idealny przykład dobrego synka- grzeczny, poukładany i odpowiedzialny. Uśmiecha się serdecznie, klepiąc Cooka po ramieniu. Ten tylko marszczy brwi i mamrocze coś w odpowiedzi. Jego wzrok jest ostry. Nie jest zbyt zadowolony z wizyty dopiero co przybyłych gości. – Jestem Ethan Mcberry. Pamięta mnie pan?
— Tak, tak, miło cię widzieć i takie tam.
— Ethan! – woła Crowl, podchodząc do mężczyzn. Wita się radośnie z przybyszem, ściskając przyjaźnie jego rękę. — Wieki cię nie widziałem! – Blondyn spogląda na Jamesa, który jest bardziej zirytowany z każdą kolejną sekundą. — Idź do tamtego baru, zaraz dołączę. Wydaje mi się, że pan detektyw oczekuje kogoś innego – mówi, patrząc znacząco na rozbawionego Ethana. Młody Mcberry odchodzi kilka kroków w kierunku wskazanego lokalu. — Wziąłeś coś na uspokojenie?
— Kiedy to wszystko się skończy, uczynię z twojego życia piekło – mówi ostro James, nie zaszczycając swojego pomocnika spojrzeniem.
— Najpierw postaraj się rozwiązać tę sprawę – komentuje zgryźliwie Crowl, dołączając do przyjaciela. Ethan patrzy na niego pytająco. Blondyn tylko kiwa głową z pobłażaniem.
Cook pochmurnieje, mierząc go groźnym spojrzeniem. Czuje, jak narasta w nim złość. Ledwo powstrzymuje swój gniew, zaciskając dłonie w pięści. Nie spuszcza wzroku z osoby stojącej przed nim. Nie ufa mu.
— Twój brat przyszedł – mówi Crowl, biorąc łyk zamówionego wcześniej piwa. Ethan uśmiecha się pod nosem. Niby tacy starzy, a zachowują się jak dzieci. — Zaczyna się starcie tytanów.
— Nie sądziłem, że poprosisz mnie o pomoc. Dałeś mi stanowczo do zrozumienia, że masz moją osobę głęboko gdzieś, po czym użyłeś paru wulgarnych słów, nieodpowiednich jak na twój wiek. Jedno muszę ci przyznać: żegnać to ty potrafisz. – Awrence uśmiecha się złośliwie, po czym zaczyna rozglądać się po dworcu. — O, ładny obraz. Nowy? – pyta starszy Mcberry, wskazując na wiszące na ścianie dzieło. Cook jest coraz bardziej zdenerwowany. Nic nie mówiąc, podchodzi do swojego pomocnika.
— Zaprowadź ich do gabinetu. Tamtego najlepiej pozbaw przytomności – mówi szybko James, wskazując na Awrence’a, zafascynowanego wyglądem dworca. – Muszę iść się napić.
— Alkohol ci szkodzi – przypomina Crowl. Detektyw przewraca oczami.
— Czy będę pijany czy trzeźwy, on i tak mnie wkurza. Myślisz, że w jakim stanie lepiej to zniosę?
— Otumaniony – wtrąca się Ethan. — Albo martwy – dodaje, ale szybko milknie widząc groźne spojrzenie obydwu mężczyzn. Szybko dopija swój trunek, po czym dołącza do brata.
— Nie dam rady sam! Ich jest dwóch! Jeden to cholerny sadysta, a drugi to ktoś, kto cię poniży na każdym kroku. Nawet ja mam swoje granice – mówi błagalnym tonem Crowl. James wzdycha. Chyba nie ma wyjścia.
— Możecie nam dać adresy ofiar? Musimy się trochę... rozejrzeć – mówi Awrence, podchodząc do mężczyzn. Detektwy patrzy znacząco na Crowla, wręczając starszemu Mcberry akta. Odczuwa ulgę. Przynajmniej ma jeszcze trochę czasu, aby ochłonąć.
***
— I jak, dowiedzieliście się czegoś nowego? – pyta James, widząc wchodzących do jego gabinetu braci. Niepewni jak powinni się zachować i co powiedzieć na temat wszechobecnego bałaganu, rozglądają się tylko z niesmakiem. Crowl widząc ich niezadowolone miny, podsuwa dwa krzesła z magazynu, nieco zakurzone, ale najbardziej odpowiednie dla gości.
— Mógłbyś tu trochę posprzątać – komentuje Ethan, patrząc z obrzydzeniem na talerze z resztkami jedzenia, stojące gdzieś w kącie pokoju. — Nic się tu nie zmieniło. Ostatnio też tak było.
— Jesteś w błędzie – mówi rozbawiony Awrence. — Kolekcja kubków po kawie się zwiększyła. Dobrze myślę? – pyta ze złośliwym uśmieszkiem starszy Mcberry, posyłając detektywowi pobłażliwe spojrzenie. — W każdym bądź razie, to może być ciekawy przypadek dla was, zwykłych ludzi, nieobeznanych ze sprawami nadnaturalnymi. W rzeczywistości jednak jest to po prostu demon.
— Demon? – powtarza James, wątpiąc w słowa starszego Mcberry. Patrzy z niedowierzaniem na braci, po czym przenosi swój wzrok na zafascynowanego Crowla. — Może powiecie coś więcej?
— Jest to typ istoty, która zawiera z ludźmi kontrakty. Załóżmy, że jakiś człowiek, któremu nie powodzi się w pracy, przyjdzie do demona. Zażyczy sobie awansu albo jeszcze czegoś innego. Wtedy nasz czarny charakter zawiera z nim pakt i zgadza się na wszystko w zamian za jego duszę. Zazwyczaj demon daje śmiertelnikowi dziesięć lat, po czym po upływie tego czasu przychodzi i odbiera, co jego.
— Świetnie. Jak możemy się tego pozbyć?
— Nie da się. To demon zrodzony z ludzkich pragnień.
— Ale w jakiś sposób trzeba przywołać to coś, prawda? Przecież nie stoi przy każdej drodze.
— Zależy od typa. Są demony kontraktowe wędrujące, zazwyczaj w dużych miastach, jak i miejscowe, gdzieś na wsiach.
— Niby wszystko jest jasne, Awrence, ale coś mi tu nie pasuje – mówi po namyśle Ethan, patrząc z powagą na brata. Detektyw oraz jego pomocnik patrzą ciekawi na młodego mężczyznę. — To dziwne, że akurat te morderstwa czy wypadki dzieją się tylko w Londynie. Rozumiem, że nagle duża ilość osób może czegoś chcieć, ale z reguły dotyczy do spraw finansowych, rodzinnych czy miłosnych. Nie wmówisz mi, że wszyscy chcą czyjejś śmierci. To nie musi być ten typ demona. Może to coś, ja wiem... innego? – podsuwa niepewnie młodszy Mcberry, myśląc nad postawioną właśnie tezą.
— Zacznijmy od tego, że mordercą może być człowiek. Skoro mówicie, że coś tu nie pasuje, to zabójcą nie musi być koniecznie demon – mówi po chwili James, biorąc do ręki kartkę papieru z narysowanym wcześniej schematem. Ogląda go chwilę, po czym wzdycha. — Może jest to po prostu psychopata, który zabija kogo popadnie?
— Myślę, że nasza teoria jest bardziej prawdopodobna – stwierdza Awrence, patrząc litościwie na detektywa. — Szalony zabójca zawsze kieruje się jakąś ideologią, porządkiem morderstw czy czymkolwiek innym. Ma ściśle zaplanowane kogo i gdzie zabić. Wątpię, czy chciałoby mu się latać do przypadkowych stanów i mordować ludzi, których nigdy wcześniej nie widział.
— Poza tym, pytaliśmy otoczenie ofiar o ich śmierć albo czy mieli jakiś wrogów. Zawsze, przynajmniej jedna osoba, była lekko podenerwowana i wręcz uciekała. Jakby czegoś się obawiała albo czuła się winna. Śmiało możemy założyć, że to właśnie one zawarły pakt. Jednak każdy podejrzany miał problemy, które mógł rozwiązać w kontrakcie. Dlaczego więc, prawdopodobnie, życzyli sobie śmierci przyjaciela, z którym raz się pokłócili? – Ethan spojrzał na brata, jakby oczekując od niego odpowiedzi. Awrence tylko wzruszył ramionami. Zapadła cisza, podczas której każdy myślał nad własną teorią. Usłyszane informacje zasiały wątpliwości w sercach mężczyzn tak bardzo, że nie byli już pewni własnego zdania. Wszystko rozmazywało się i zlewało w jedną całość, po czym znowu się zmieniało, nie chcąc przyjąć jednoznacznego kształtu.
— Wędrujący demon kontraktowy? – podsuwa po chwili Ethan, dotykając w zamyśleniu podbródka.
— Nie, nie wydaje mi się. – Awrence kręci głową. — Niby wszystko się zgadza, ale ten typ nie ma na celu zabijania ludzi. Zawsze twierdził, że nasza rasa nie zasługuje na śmierć z ręki demona. Przemądrzałe cholerstwa. – Starszy Mcberry spluwa na ziemię, krzywiąc się na samo wspomnienie o istotach.
— Zapomniałem wam o czymś wspomnieć – mówi nagle detektyw, wyciągając coś z szuflady. Wyciąga zdjęć. — Niedawno odkryto te symbole. Były bardzo dobrze ukryte. Znajdowały się w miejscu śmierci każdej z ofiar.
— Nie ma to jak liczyć na policję, co? – komentuje zgryźliwie Awrence, biorąc fotografie do ręki. Jest lekko zdenerwowany i zażenowany skutecznością władz.
Na zdjęciach widoczny jest okrąg, a w nim kobra. Zainteresowany Ethan bierze obrazki do ręki, oglądając wszystkie z osobna bardzo uważnie. Patrzy znacząco na brata, który głęboko wzdycha.
— To symbol egipski – tłumaczy chwilę potem młodszy Mcberry. James i Crowl spoglądają na niego, próbując cokolwiek zrozumieć. — Najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z Silą. W wierzeniach staro arabskich demoniczna wiedźma, zamieszkująca pustynie, przybiera postać kobiety. To także jeden z trzech rodzajów złych dżinów, ale nad tym nie będziemy się teraz rozchodzić. Widzicie te dwie kropki na grzbiecie kobry? To garby.
— Dlaczego kobra miałaby mieć garby?
— Bo Sila, prócz formy kobiecej, mogła także przemieniać się w wielbłąda o ludzkiej twarzy. Stąd te garby. A kobra to symbol złych dżinów, czyli inaczej demonów.
— Pierwotnie Sila porywała ludzi na pustyni, aby ich pożreć, ale chyba zmieniła swoje priorytety – wtrącił zamyślony Awrence. — Najwyraźniej bawi ją zabijanie ludzi. Nie ma już zbyt wielu takich dżinów, więc prawdopodobnie Sila straciła część swej mocy i nie może mordować, ot tak.
— Więc jak to robi?
— Sila miała jedną podstawową moc, której jednak używała bardzo rzadko. Załóżmy, że siedzisz w barze, a ktoś obok głośno się śmieje. Sila sprawia, że wydaje ci się, że to właśnie z ciebie ten człowiek się naśmiewa i szydzi. Jej moc to wyolbrzymianie. Kiedy osoba jest zdesperowana, ona proponuje układ. Czasami nawet nie musi się starać, bo emocje targają ludźmi, kiedy, dajmy na ten przykład, pokłócą się.
— Jak ten dżin tutaj trafił? – pyta Crowl, coraz bardziej zafascynowany całą sytuacją. Ethan zastanawia się chwilę. Bierze kartkę, po czym rysuje coś, co przypomina człowieka.
— Sila zazwyczaj pojawia się, przyciągana silnymi uczuciami jakiegoś człowieka. To właśnie on staje się jej pierwszym celem. Nazywany także nosicielem. Sila kręci się gdzieś w jego otoczeniu – tłumaczy, dodając jeszcze parę szczegółów. Po namyśle wyciąga ze swojej walizki kartkę papieru, która pokryta jest pismem arabskim. — Formułkę mamy. Teraz wystarczy tylko znaleźć demona.
— Czy wydarzył się tutaj jakiś dziwny wypadek? Coś podobnego do tych morderstw? – pyta Awrence, zerkając nieufnie na obce znaki. Nigdy nie lubił islamistów, a język arabski kojarzył mu się tylko z nimi.
James sięga po teczkę, leżącą gdzieś pod stertami papierów. Przegląda jej zawartość, po czym wręcza starszemu Mcberry odpowiednią koszulkę z dokumentami dotyczącymi sprawy. Daje znak Crowlowi, aby przyniósł coś mocnego do picia. Blondyn rozumie polecenie i już po chwili wychodzi.`
— Trzydzieści lat temu wykoleił się pociąg. Nikt nie znał przyczyny. W jednym z wagonów siedzieli politycy, niegdyś oskarżeni o nieudzielenie pomocy osobie umierającej, ale uniewinnieni. Była to wówczas żona młodego konduktora, Williama Golda. Policja podejrzewała go i myślała, że to był zamach. Jednak oczyszczono Golda z wszelkich zarzutów. Czemu? Tego nikt nie wie. – James wzrusza ramionami, obserwując reakcję braci. Młodszy Mcberry staje się niespokojny i zdziwiony. Awrence za to wzdycha i kręci głową, jakby coś mu nie pasowało w zdobytych dowodach. — Mieszka w drewnianym domu, nad jeziorem. Odludzie. Odpowiednie jak dla pięćdziesięcioletniego mężczyzny. W końcu jest na emeryturze.
— W tym wieku? – pyta Ethan, upewniając się. Cook kiwa głową. Młodszy Mcberry patrzy porozumiewawczo na brata. — Sila musi bardzo go lubić. Chyba odwiedzimy pana Nosiciela.
***
William Gold słyszy pukanie do drzwi. Jest zbyt zaskoczony aby móc się ruszyć, więc przez chwilę tkwi w miejscu, jakby został sparaliżowany. Po chwili odkłada paloną wcześniej fajkę i ostrożnie podchodzi do drzwi, które z wahaniem otwiera już kilka minut później.
— Detektyw Cook. – James pokazuje odznakę. Widząc pytające spojrzenie mężczyzny, wzdycha. — To mój pomocnik Crowl i… – Cook spogląda na braci Mcberry nie wiedząc, jak ich przedstawić.
— Agenci FBI – dokańcza Ethan, robiąc poważną minę. Lekko przestraszony William kiwa głową i szerzej otwiera drzwi. Pozostali mężczyźni patrzą na niego z dezaprobatą. — Zawsze chciałem to powiedzieć – tłumaczy zadowolony młodszy Mcberry, wchodząc do domu konduktora. Reszta, lekko zdziwiona, podąża za nim.
— W czym mogę pomóc? – pyta Gold, kiedy wszyscy znajdują się w środku.
— Szukamy pewnej kobiety o imieniu Sila – tłumaczy Awrence, rozglądając się ciekawie po pomieszczeniu.
— Ewentualnie wielbłąda z ludzką głową – uzupełnia Ethan. Mężczyźni patrzą na niego coraz bardziej oszołomieni. — Widziałem w życiu dziwniejsze rzeczy. Serio.
— Sila to moja żona. Spotkałem ją zaraz po śmierci mojej poprzedniej wybranki. Czego od niej chcecie? – pyta zaniepokojony mężczyzna, patrząc nieufnie na przybyszy.
— Wielce prawdopodobnym jest, iż pańska żona została opętana – tłumaczy bez skrępowania Awrence, patrząc poważnie na mężczyznę. William zaczyna zaprzeczać i krzyczeć, aby wszyscy natychmiast opuścili ten dom. Ethan pozbawia go przytomności, po czym kładzie na kanapie. Daje znak bratu, aby rozpoczął przygotowania. Awrence wychodzi i dookoła domu rozsypuje sól. Po chwili wraca, wyciągając z torby bronie palne.
— Jakby zanadto się do was zbliżyła, strzelajcie. Nie zabijecie je, ale przynajmniej nie utnie wam głowy. Zawsze jakiś plus – mówi starszy Mcberry, podając detektywowi i jego pomocnikowi broń. Sam bierze jedną, przygotowując się do ataku. Ethan wyciąga z kieszeni kartkę z formułką, którą zamierza zniszczyć demona. Chwilę potem przed James’em pojawia się kobieta o kruczoczarnych włosach i tatuażu na ręce. Cook bez zastanowienia zaczyna strzelać, widząc, jak się do niego zbliża. Młodszy Mcberry zaczyna recytować zaklęcie po arabsku, na co kobieta reaguje głośnym, nieznośnym krzykiem.
— Wytrzymajcie! – woła Awrence, strzelając do coraz szybciej idącej Sili. Kobieta krzyczy coraz głośniej, zagłuszając recytującego formułę Ethana. Pomieszczenie z upływem czasu staje się mroczniejsze, jakby ciemność wchłaniała wszystko wokół. Oczy demona robią się czarne, a włosy wydłużają się. Chwilę potem kobieta przemienia się w wielbłąda o ludzkiej twarzy. Zaczyna biegać po pokoju, taranując wszystko dookoła. Awrence kładzie broń na ziemię, po czym biegnie do torby, która leży obok nieprzytomnego mężczyzny. Jednym ruchem rozpina ją, po czym zaczyna czegoś gorączkowo szukać. Proszę, tylko się nie obudź, błaga w duchu. Jak na złość, William dochodzi do siebie, wzywając swoją żonę. Widząc nieproszonego gościa, rzuca się na niego. Starszy Mcberry chwyta najbliżej leżący kamień, po czym uderza konduktora w głowę, pozbawiając go przytomności. Awrence doczołguje się do torby, po czym wyciąga paczkę soli. Kiedy wielbłąd znajduje się blisko niego, otwiera paczkę i wysypuje zawartość na istotę, która zaczyna się przewracać i wariować. Ethan wykrzykuje ostatnie zdanie, robiąc niezidentyfikowany ruch dłonią w powietrzu. Demon zaczyna rozpadać się i już wkrótce pozostaje po nim tylko garstka popiołu.
— Proszę bardzo. Sila upolowana – mówi dumnie Awrence, zbierając porozrzucaną broń. Rzuca tylko ostatnie spojrzenie mężczyźnie, po czym wychodzi. Reszta załogi rusza za nim. James i Crowl wyprzedzają braci, głośno o czymś rozmawiając.
— Sila nie była głównym problemem, prawda? – pyta Ethan, zerkając ukradkiem na opuszczony dom. Awrence kiwa głową.
— Potrzebowała trzydziestu lat, aby coś przywołać. Zapewne coś dużego.
— Zostawimy to tak? To może być Lucyfer albo coś gorszego!
— Im mniej wiedzą, tym lepiej – mówi chłodno starszy Mcberry, doganiając dwójkę na przedzie. Ethan zatrzymuje się i obserwuje dom. W oknie widzi podnoszącego się mężczyznę, który patrzy w jego kierunku. Twarz ma wykrzywioną w krwiożerczym uśmiechu, a oczy stają się czarne. Nie ma w nim już nic z człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz