Ginny nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że ktoś z jej bliskich może
zginąć. Wiedziała, że wojna ciągnie za sobą ofiary i godziła się z tym,
dopóki nie zginął jej brat. Od małego dziecka najlepsze i najbliższe
relacje miała z bliźniakami. Bill i Charlie wyjechali z domu, a Ron od
zawsze ją irytował. Przesadna troska i ciągłe traktowanie jej jak
dziecko, mimo iż była tylko rok młodsza. A Percy? Nie lubiła go,
podobnie jak reszta rodzeństwa. No bo w końcu kto by znosił te jego
ciągłe przechwałki?
Dziewczyna uśmiechała się pod nosem, kiedy na zdjęciach widziała
roześmianych bliźniaków. Fotografie walały się po całym pokoju, ale
Ginny czuła się z tym dobrze.
- Co tam, siostra? - spytał Ron, otwierając drzwi. Już chciał
przekroczyć próg, ale w miarę szybko się powstrzymał. O mało co nie
nadepnął na zdjęcie. Rozejrzał się zdziwiony dookoła i uniósł brwi do
góry. Nic nie powiedział. Zgrabnie ominął wszystkie fotografie, po czym
usiadł na łóżku. Spojrzał na Ginny, która ciągle wpatrywała się w
zdjęcie małych bliźniaków.
- Mama się zdenerwuje. Wiesz, jak reaguje na bałagan.
- Jestem jakoś dziwnie pewna, że to nie będzie jej przeszkadzać -
odpowiedziała sucho Ginny, nie patrząc na Rona. Chłopak zamilkł. Nigdy
nie umiał się z nią dogadać. Opiekował się nią tak samo dobrze, jak
robili to bliźniacy. Więc dlaczego zawsze spędzała czas właśnie z nimi?
Raniło go to. Był jej bratem, starał się ją wspierać i chronić.
- Jestem złym bratem? - spytał po kilku minutach milczenia. Ginny podniosła wzrok na chłopaka nieco zaskoczona.
- Chyba żartujesz! Jesteś najbardziej opiekuńczym i wkurzającym bratem
jakiego mam! - powiedziała żartobliwie, ale widząc Rona, który
posmutniał, szybko dodała: - I za to cię kocham.
Chłopak rozpogodził się nieco i chicho podziękował.
Ginny wiedziała, że to nie jest dla niego dobry czas. Hermiona z nim
zerwała, co było dla Rona wielkim przeżyciem. Zawsze starał się robić
wszystko, co było dobre dla Granger i mimo, iż był w tym wszystkim
trochę denerwujący, nie uchodził za złego człowieka. Może nieco
pogubionego i zawsze pozostającego w cieniu braci.
Dodatkowo Harry wyjechał z kraju na misję jako auror. Nie skończył
szkoły, ale jego zasługi dla świata czarodziejów wystarczyły. Początkowo
Ron martwił się o swojego przyjaciela, ale odczuł ulgę, gdy dowiedział
się, że jedzie z nim Luna. Może była nieco stuknięta, ale za to mądra i
utalentowana. Harry zaproponował Ronowi pracę aurora, bo zawsze bardzo
jej pragnął, ale Ron odmówił. Nie chciał być znowu " tylko kumplem
Harry'ego Pottera ".
Ron został sam. Wracał do szkoły, to fakt, ale nic już nie miało być takie same bez jego przyjaciół.
- Pamiętam to! - powiedział nagle chłopak, wskazując na jedną z
fotografii. Była na nim mała Ginny z zaczerwienionymi oczami, a przed
nią klęczał George ze swoją rękawicą z quidditcha.
- Rozpłakałaś się, bo podczas meczu mini quidditcha skaleczyłaś się w
palec. Próbowałem uleczyć ranę różdżką, ale jeszcze bardziej zaczęło się
boleć. George polał skaleczenie wodą i przyłożył do niej rękawicę.
Powiedział ci, że...
- Kiedy będę grać zawodowo w quidditcha, podaruje mi swoją rękawicę -
dokończyła Ginny, spuszczając głowę. Uśmiechnęła się smutno pod nosem,
podkulając nogi. Objęła je rękami. - Powiedział, że będę świetna, ale
muszę być twarda i nigdy się nie poddawać. Tylko to pamiętam.
Ron zmarkotniał, widząc minę siostry. Znowu sprawił, że ktoś był nieszczęśliwy. Westchnął.
- Przepraszam - wyszeptał, przytulając siostrę. Ginny odwzajemniła
uścisk. Nie tylko jej było ciężko, ale to wszystko wywoływało w niej
taki ból. Z trudem powstrzymała łzy, które napływały jej do oczu.
- Daj spokój, ty głupku! Ty chyba bardziej przeżywasz tą śmierć ode
mnie. Uśmiechnij się czasem. Harry wyjechał, ale masz mnie i resztę
swoich braci, a trochę ich posiadasz. A dziewczynę sobie szybko
znajdziesz. Jesteś świetnym facetem. Zobaczysz, będzie dobrze. - Ginny
uśmiechnęła się radośnie, mierzwiąc Ronowi włosy. Chłopak kiwnął głową z
iskierką szczęścia w oczach.Wstał, podziękował i wyszedł. Miał
wspaniałą siostrę.
Kiedy drzwi w końcu się zamknęły, łzy zaczęły jej napływać do oczu.
Spojrzała na fotografię, o której Ron przed chwilą opowiadał. Chciała do
tego wrócić. Do radosnych czasów, kiedy wszyscy żyli, wszystko było w
porządku, nic nie było skomplikowane tak bardzo, jak jest teraz. Łzy
kapały na zdjęcie, pozostawiając tam tylko plamy. Objęła kolana rękami i
schowała w nich głowę.
Płakała. Łzy spływały jej po policzkach, coś bolało w klatce piersiowej.
Nie mogła z tym żyć. Wraz z George'm umarła część niej samej. Chciała
krzyczeć, niszczyć, rzucać przedmiotami po pokoju. Po prostu coś zrobić,
chociaż wiedziała, że jest całkowicie bezsilna. Ta niemoc ją dobijała.
Mogła tylko siedzieć i płakać, nie przywróci zmarłej osoby do życia. Już
na zawsze George pozostanie w ciemnej trumnie, zasypany głęboko pod
ziemią. Nie ujrzy jego twarzy czy śmiechu.
Nigdy już nie zobaczy szczerego uśmiechu na twarzy Freda.
Fred wszedł do pokoju Ginny, aby zawołać ją na obiad. Kiedy otworzył
drzwi, od razu zauważył skuloną na łóżku siostrę, która cała się
trzęsła. Już chciał do niej podejść i zapytać, co się stało, gdy
dostrzegł zdjęcia rozrzucone na podłodze. Stanął w miejscu i wpatrywał
się w fotografie. Nie oglądał tych zdjęć tak dawno, że aż o nich
zapomniał. Ginny stwierdziła, że lepiej mu będzie się pogodzić ze
śmiercią brata, jeśli nie będzie ciągle oglądał jego twarzy na
fotografiach. Dotyczyło to także Molly, więc Ginny zabrała wszystkie
zdjęcia i ukryła je w swoim pokoju. A teraz znowu widział jego
roześmianą twarz przed sobą. To wszystko, każde wspomnienie wracało do
niego ze zdwojoną siłą.
Otrząsnął się. Wziął pudło, w którym najprawdopodobniej znajdowały się
zdjęcia i zaczął je zbierać, oglądając każdą fotografię przez kilka
sekund. Przypominał sobie wszystkie sytuacje związane z George'm.
Problemy, smutki, radość.
Po kilku minutach zdjęcia znalazły się w pudle, które Fred postawił obok
łóżka. Ginny nie zwróciła nawet na niego uwagi, co wykorzystał i wyjął
ostatnią fotografię z jej ręki. Dziewczyna podniosła głowę i rozpłakała
się jeszcze bardziej.
Fred usiadł obok niej i przytulił ją najmocniej jak umiał. Ginny wtuliła się w niego, zostawiając mokre plamy na jego koszulce.
- Tak... tak bardzo... za nim tęsknię... - wypowiedziała drżącym głosem, obejmując Freda. Chłopak pogłaskał ją po głowie.
- Wiem - wyszeptał.
Trwali tak przez kilka minut, nie mówiąc ani słowa. Cisza była jak
zbawienie, niema rozmowa, którą obydwoje doskonale rozumieli. Czuli się
bezpiecznie i dobrze w swoim towarzystwie.
W końcu Fred odsunął od siebie Ginny i spojrzał prosto w jej oczy, które były jeszcze zaczerwienione i wilgotne.
- A teraz będziesz dzielna, ogarniesz trochę wygląd i razem zejdziemy na
obiad, zgoda? - spytał chłopak z powagą. Dziewczyna zawahała się przez
chwilę, ale kiwnęła głową. Fred uśmiechnął się radośnie, czochrając jej
włosy.
Ginny uśmiechnęła się lekko, wstała i lekko zdziwiona rozejrzała się dookoła.
- Gdzie są zdjęcia?
- W pudle. Zabiorę je do siebie. Płacz jest dobry, ale w twoim wypadku
tylko szkodzi na urodę - odpowiedział złośliwie, wzruszając ramionami.
Ginny nadęła policzki, oburzona wypowiedzią brata. Po chwili jednak
wzięła poduszkę i rzuciła ją w kierunku Freda, którego trafiła prosto w
twarz. Zaskoczony chłopak nie zdążył zareagować, a kiedy był gotowy na
zemstę, Ginny pobiegła do łazienki w o wiele lepszym humorze. Fred
westchnął. A myślał, że po śmierci George'a jego refleks nadal
pozostanie nietknięty. Przynajmniej jego siostra dobrze się bawiła.
Wziął pudło i opuścił pokój Ginny. Udał się na strych, aby dobrze ukryć
zdjęcia George'a. Kiedyś na pewno je zabierze i rozstawi po całym domu,
ale teraz nie był to dobry czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz